foto1
foto1
foto1
foto1
foto1



Felietony

Zbrodnia Wołyńska

Siedemdziesiąt jeden lat temu, 11 lipca 1943 roku Ukraińska Powstańcza Armia zaatakowała jednocześnie 99 polskich miejscowości na Wołyniu, mordując wielu ich mieszkańców. W ciągu następnych kilku miesięcy wymordowano - często w okrutny, bestialski sposób - tysiące Polaków. Nie oszczędzano starców, kobiet i dzieci. .

Według szacunków polskich historyków ukraińscy nacjonaliści zamordowali w latach 1943-1945 na Wołyniu i w Galicji Wschodniej ponad 100 tysięcy Polaków. Terror UPA spowodował, że setki tysięcy Polaków opuściły swoje domy, uciekając do centralnej Polski. Zbrodnia Wołyńska spowodowała polski odwet, w wyniku którego zginęło prawdopodobnie 10-12 tysięcy Ukraińców.

Od 27 czerwca br. na placu przy Kościele Garnizonowym we Wrocławiu prezentowana jest przygotowana przez szczeciński oddział IPN wystawa plenerowa „Wołyń 43. Wołają z grobów, których nie ma". Uroczyste otwarcie wystawy odbędzie się dziś o godz. 16.00.

We wstępie do katalogu wystawy prezes IPN dr Łukasz Kamiński napisał:

„W dziejach narodów i państw są wydarzenia, które, mimo ich wielkiego znaczenia, przysłonięte są mgłą niepamięci. W Polsce przez wiele lat takim zapomnianym fragmentem najnowszej historii była zbrodnia wołyńska. Znajdowała się na ona na marginesie zainteresowań historyków, rzadko mówiono o niej w szkołach, niewiele powstało dzieł kultury odnoszących się do tych wydarzeń. (...)

Przypadająca w zeszłym roku 70. rocznica zbrodni stworzyła unikalną szansę na trwałe zapisanie jej w świadomości Polaków i Ukraińców. Za najważniejsze swoje zadanie Instytut Pamięci Narodowej uznaje działania edukacyjne, przybliżające społeczeństwu prawdę o wydarzeniach sprzed lat. Poszukiwanie prawdy o przeszłości i pamięć jest naszym podstawowym obowiązkiem wobec ofiar. Jesteśmy to także winni przyszłym pokoleniom Polaków i Ukraińców. Prawda i pamięć stanowią bowiem najlepszy fundament pojednania.”

 

 

Dzień Śmierci.

Czerwiec 1943r rozpoczął się piękną pogodą. Staliśmy w lasach turskich, między wsiami Strużki i Tursko Małe, w pow. Sandomierz (obecnie Staszów), gdzie pobudowaliśmy sobie prymitywne baraki, nazywane dumnie przez nas „willami”.

W dniu 3 czerwca 43, po południu, stoczyliśmy walkę z żandarmerią z Rytwian, którą rozbiliśmy w lesie, kiedy powracała ze swojej wyprawy na terenie gminy Osiek. Noc po tym boju spędzaliśmy w naszych „willach”, oddalonych od wsi Strużki około 2 km. Trzymałem wartę koło naszych baraków, czuwając nad snem kolegów. Świtało, kiedy usłyszałem strzał. Po nim kilka następnych, jakby odleglejszych, które padały gdzieś z kierunku wsi Strużki. Ponieważ byłem w tej chwili najbliższej baraku, w którym spał Stach „Inspektor” (Stanisław Wiącek), obudziłem go więc słowami:
    Panie Stachu! Niemcy gdzieś w okolicy strzelają. Otrzymałem jego fragmentaryczną odpowiedź:
    Idź pan spać. To kłusownik na pewno poluje.
W tym mniej więcej momencie posłyszałem głos nawołujący po dukcie leśnym:
    Panie szefie! Panie szefie!...
Ostrożnie z „Visem” w ręku, gotowym do strzału, zacząłem podchodzić w kierunku wołającego.

Ostrożność była konieczna, gdyż nigdy nie było pewności, czy to nieprzyjaciel nie chce nas przypadkiem wyprowadzić w pole. Zaskoczyłem wołającego od tyłu z okrzykiem: „Stój! Co tu robisz? Czemu krzyczysz? Zdyszany człowiek z przerażeniem w oczach wykrztusił z siebie: „Gruby Józek” (Józef Bień z Ossali), komendant placówki BCh przysłał mnie z meldunkiem, że Niemcy palą Strużki i wrzucają ludzi żywcem w ogień”. Słowa te uderzyły we mnie jak grom, zapomniałem o regulaminowych powinnościach.
    Wracaj – odpowiedziałem – i zamelduj, że zaraz tam będziemy.
Nie oglądając się, czy goniec wraca, natychmiast wpadłem do baraku, gdzie spał nasz dowódca oddziału „Jędrusiów”- Józef Wiącek „Sowa” i melduję mu, co się dzieje i jakie otrzymałem wiadomości.
„Sowa” zerwał się z posłania.
   
Zarządzić natychmiast alarm! Ale jak najciszej!
Momentalnie (.... stawiam?) wszystkich na nogi. Wszyscy za chwilę są w pełnym szyku bojowym. Na zbiórce stanęło wraz z dowódcą ośmiu ludzi, gdyż reszta była w terenie, na rozmaitych zadaniach.

Niektórzy penetrowali teren, nieraz ponoć sto kilometrów od kwater. A przed nami Niemcy (... liczniejsi?) i uzbrojeni po zęby.
Tymczasem „Sowa” wydaje dalsze rozkazy: „Zindap” (Kazimierz Żola) zostaje w barakach. Reszta z bronią za mną! Brać amunicję, ile kto uniesie, broń krótką i granaty”.
Wyruszyliśmy w składzie: Stach „Inspektor” (Stanisław Wiącek) z erkaemem, „Franek” (Franciszek Rutyna), „Książę Balii” (Edward Kabata), „Rzeźnik” (Józef Sekuła) i „Warszawiak” (Aleksander Modzelewski) - jako obsługa CKM-u (...wzór ...?) „Walek” (Walenty Ponikowski) i „Sowa” (Józef Wiącek) z RKM-em, Była chyba godzina (...05-ta ?), może dalej – nikt nie myślał, która jest godzina. Czas naglił.

Skradaliśmy się ostrożnie na brzeg lasu. Pot zalewał nam oczy. Był przecież upał i dźwigaliśmy ciężkie ładunki broni i amunicji, prócz tego to podniecenie i niepewność losu. Kiedy dotarliśmy na skraj lasu, przedstawił nam się straszny w swej grozie widok. Wieś płonęła, a kłęby dymu i jęzory ognia miotały się ku niebu. Tu i ówdzie padały pojedyncze strzały. Podeszliśmy bliżej. „Sowa” i „Książę Balii” znali ten las, jak przysłowiową, własną kieszeń. Nietrudno więc było znaleźć (...najwygodniejsze miejscówki ?) Zajęliśmy je w leśnym cyplu, w kształcie prostokąta wysuniętego w kierunku wsi Strużki. Na środku tego cypla opodal rowu i ciemnego wykopu ustawiono CKM. Przy nim „Franek”, jako celowniczy, doświadczony w walkach w 1939r w Modlinie. Przy nim „Warszawiak”, „Książę Balii” i „Rzeźnik”. „Inspektor” z RKM-em – stanowisko ogniowe narożnikowo, po lewej stronie CKM-u, a „Sowa” z RKM-em osadził się po prawej stronie CKM-u. Na koniec ja zająłem posterunek obserwacyjny z lewa od stanowisk KM-ów z zadaniem zabezpieczenia naszych stanowisk przed ewentualnym obejściem przez nieprzyjaciela naszych stanowisk od tyłu.

Kiedy już wszystkie stanowiska były przez nas zajęte, a Niemcy zbierali się na trakcie Osiek – Połaniec z zamiarem zniszczenia wsi Ossala i Tursko Wielkie, padł rozkaz „Sowy”: „Ognia!”.
Zaszczekały karabiny maszynowe, odezwał się mój kb, zaczęła się nierówna walka na śmierć i życie. Teren otwarty, widoczność dobra, nieprzyjaciel gromadził się grupkami, nasz ogień był celny. Po pierwszych strzałach nastała śmiertelna cisza, tylko ptactwo spłoszone poderwało się do lotu. Cisza, której w takich wypadkach nie da się zmierzyć czasem. U Niemców nastąpiła konsternacja. Przywarli do ziemi, a kiedy ochłonęli i może po locie ptaków zorientowali się skąd pochodzi nasz ogień, otworzyli huraganowy ogień z taką siłą, że drzewa o średnicy 30cm i grubsze padały na ziemię jak ścinany łan zboża. Niemcy rzucili do walki wszystką broń, jaką ich oddział dysponował. Siły nieprzyjaciela ocenialiśmy na kompanię. Nieprzyjaciel po  wyczuciu kierunku naszego ognia, ruszył do ataku. My przeszliśmy do obrony, broniąc dostępu do lasu, ale wróg uporczywie parł do przodu bez względu na straty. Największą moją tragedią były niewypały, gdyż na (83 ?) pocisków nie wystrzeliła była na pewno połowa co stawiało mnie w trudnej sytuacji.

Walka trwała już około półtorej godziny. Zamierzałem dojść do naszych ludzi i zaopatrzyć się w nową amunicję, aby następnie powrócić na swoje stanowisko, kiedy usłyszałem trzask łamanych gałęzi. Gdzieś w pobliżu spokojnie kukała kukułka. Wpatrując się uważnie w las dojrzałem zbliżającą się w moim kierunku tyralierę niemiecką. Jak się okazało, Niemcy prócz frontalnego ataku przenikali do lasu, żeby nas obejść, a umówionym ich hasłem było kukanie w czasie podrywania się do skoków ku przodowi. Jednocześnie usłyszałem z prawego naszego skrzydła okrzyk „Hurraa!...” i (...bulę?) wybuchających granatów. Pomyślałem, że idziemy do ataku, ale z czym? Rzuciłem granat w kierunku zbliżającej się zgrai nieprzyjacielskiej, bagnet na broń, ale o dalszym oporze nie ma mowy. Według planu walki, w razie otoczenia, po wybuchu granatów mamy skupiać się w jednym punkcie, aby wspólnie przedrzeć się przez kordon nieprzyjacielski. Poderwałem się więc i biegnę w stronę, gdzie nasi zażarcie stawiają opór. Z gościńca dostaję serię z karabinu maszynowego. Na szczęście Niemiec spudłował i tylko gałęzie i liście padały na ziemię, a ja dalej kieruję się w stronę swoich i widzę wycofującego się Stacha „Inspektora”. Obejrzałem się w prawo w las i zauważyłem w odległości około 50 metrów okrążającą nas tyralierę niemiecką. Krzyknąłem: „Stachu! Niemcy z tyłu!”.
„Inspektor” serią z RKM-u na chwilę ostudził ich zapał, przywarli do ziemi, a my mieliśmy możność odskoku i tak już w trzech – Stach, Edek i ja – atakowani przez hordę, wycofywaliśmy się dalej. Ostrzeliwaliśmy się z RKM-u w walce z nieprzyjacielem na odległość może 30m. Druga grupa wycofywała się obsada CKM-u prowadzona i osłaniana przez „Sowę”. CKM nie miał podstawy, której nie można było i nie było czasu wyrwać z jeżyn, w których się zaplątała. „Franek” niósł CKM na ramieniu, „Rzeźnik ładował taśmę a „Warszawiak” osłaniał tyły i tak strzelając do tyłu z ramienia wycofywali się w naszym kierunku. Kule nieprzyjacielskie brzęczały, jak roje natrętnych os, padając nam pod nogi, ścinając gałęzie drzew i krzewów. W takim szyku wycofywaliśmy się około 600m. torując sobie drogę w bezpośredniej walce, aby nie pozwolić się zamknąć w kotle. Tylko dzięki przysłowiowemu szczęściu – bo męstwo to za mało – udało nam się wyjść z tego piekła nie ponosząc żadnych ran, obrażeń i strat.

W czasie walki z przeważającym nieprzyjacielem jeden z miejscowych chłopów - Władysław Woś z Turska Wielkiego – szedł nam z pomocą z karabinem w ręce, ale dostał się do zamkniętego       
kotła niemieckiego i tam poległ.

Kiedy wyrwaliśmy się ostatkiem sił z okrążenia niemieckiego wraz ze Stachem i Edkiem wróciliśmy do „willi” po amunicję. Pociski niemieckie padały, aż (... tutaj?) uderzając w baraki. Na ramach rowerów, które stały w naszym obozie, widać było ślady kul. Tu „Zindap” trwał na swym stanowisku równie niebezpiecznym i dręczony niepewnością. Zaopatrzywszy się  w dostateczną ilość amunicji (wybraliśmy?) się wraz z „Zindapem” do pozostałych ludzi z naszej grupy, którzy brali udział w walce i razem udaliśmy się do wsi Zawada, gdzie zatrzymaliśmy się u Henryka Liśkiewicza, nie wiedząc gdzie jest grupa z Józkiem na czele.
Po drodze „Zindap” opowiedział nam swoje przygody w barakach. „Pany” - ciągnął „Zindap” - wy się tam (...) ze szkopami, a ja tu słucham jak bzykają kule. Wtem lisica przychodzi ze swoimi młodymi i zabiera się do kiełbasy, co wisiała na drążku i do (...sera?) co mieliśmy mieć na śniadanie. Z (...) już miałem kropnąć i spłoszyć ją (ale?) pomyślałem (...), że wy możecie źle ten strzał zrozumieć, że  (...) (...), więc (żem?) zrezygnował. A lisie żre kiełbasę i (sera?) to ja myślę, trzeba przepędzić lisią familię, ale kiedym zobaczył  jakie te małe (...głodne?) i jak z ufnością ślepiami zerkają, pomyślałem sobie, (niech im?) będzie na zdrowie (...) (...) (...) (...) lisie”.

Inaczej było w Strużkach. Tam pełne zaufania oczy niemowląt nie rozczuliły hitlerowskich morderców. Sześciodniową córkę Ludwika Drożdża hitlerowiec nadział na bagnet i wrzucił w płomienie, kilkunastomiesięczne dzieci: Leona Tworka i Annę Wieruszewską Niemcy zamordowali rozdeptując im głowy podkutymi butami. W płomieniach zginęła 6-miesięczna Teresa Robak i 5-miesięczny Miecio Woś i wiele innych dzieci. Ci mordercy dzieci byli jednak tchórzami w obliczu bohaterstwa. Opowiadano mi później, jak w pewnym domku jego właścicielka stoi gotowa na śmierć. Ale żołdak Hitlera chciał się rozkoszować widokiem żywcem płonącego człowieka. Chwycił więc kobietę z zamiarem wrzucenia w płomienie. Źle jednak trafił. Kobieta w porywie rozpaczy złapała Niemca w swoje ręce i wpycha go do płonącego domu. Niech zginą oboje. Morderca i ofiara. Wtedy hitlerowiec klękając na kolana błagał ją o darowanie życia. O strasznej zbrodni ludobójstwa w Strużkach mogliśmy się przekonać, kiedy weszliśmy do wsi po wycofaniu się Niemców. Zginęło tu 73 osoby, przeważnie starcy, dzieci i młodzież.
Kiedy dziś sądzi się hitlerowskich zbrodniarzy, nasuwa mi się pytanie, co się stało z najgorliwszym zbrodniarzem ze Strużek – Heinrichem Heslerem, synem komunisty z Przeczowa? Czy sądzony zbrodniarz Kruger nie jest tym samym Krugerem, który będąc komendantem żandarmerii palił domy w Iwaniskach i mordował ich mieszkańców w sierpniu 1942r?
 
Walenty Ponikowski
 „WALEK” 
Tekst przekazany do publikacji przez bratanka Autora p. Sławomira Ponikowskiego
Opublikowany w Odwecie nr 13, listopad 2014 r.

 

Hitler kontra Hitler: Utrapienie wujka Adolfa

Ci, którzy z nazwiskiem Hitler kojarzą wyłącznie wodza III Rzeszy, będą zaskoczeni. Hitler, tyle że William, był żołnierzem amerykańskiej armii. Status bohatera osiągnął wyjątkowo pokrętną drogą: od kochanego bratanka Führera do... renegata

Witamy w armii, panie Hitler, nazywam się Hess – oficer amerykańskiej służby rekrutacyjnej podał rękę wstępującemu do marynarki wojennej 33-letniemu mężczyźnie. Czy takie spotkanie miało miejsce? Z pewnością było bardzo atrakcyjnym faktem medialnym – większość amerykańskich dzienników wybiła na pierwszych stronach rewelację: Hitler i Hess jednoczą się w walce przeciwko... Hitlerowi i Hessowi.

Nowym nabytkiem nie był oczywiście Adolf, ale William Patrick Hitler, niesforny bratanek wodza III Rzeszy, który szukając swego miejsca w życiu, stał się w końcu jankesem. O przyjęcie do amerykańskiej armii wystąpił w 1942 roku do samego prezydenta Franklina Delano Roosevelta, który po długim wahaniu postanowił machnąć ręką na „trefne” nazwisko kandydata i wyrazić zgodę. FBI zlustrowało kandydata – jego życiorys był czysty.

Ostatecznie, z propagandowego punktu widzenia, był to strzał nie tyle w dziesiątkę, ile w samo serce Adolfa Hitlera. A także ojca Williama – Aloisa Hitlera juniora. Jego młodszy syn Heinz zmarł w cierpieniach w sowieckim łagrze jak prawdziwy faszystowski bohater (trafił tam podczas operacji Barbarossa), tymczasem William okazał się renegatem.

William w liście wyznał Rooseveltowi, że początkowo starał się o przyjęcie w szeregi armii brytyjskiej. Jednak, jak dodał: „choć Brytyjczycy to ludzie uprzejmi, odniosłem wrażenie – słuszne bądź niesłuszne – że na dłuższą metę nie będą w stanie okazać ani serdeczności, ani sympatii osobie, która nosi moje nazwisko”. Zapewnił, że niczego tak nie pragnie jak akceptacji ze strony towarzyszy broni, z którymi będzie walczył przeciwko nazistom. Jak do tego doszło? Krętymi drogami...

WSTYDLIWE KORZENIE

Sensacja obiegła świat we wrześniu 2002 roku. Dwaj belgijscy dziennikarze – Marc Vermeeren i Jean-Paul Mulders ogłosili na łamach dziennika „Het Laatste Nieuws”, że udało im się zidentyfikować 39 żyjących krewnych Adolfa Hitlera. Śledczy deptali po piętach wytypowanym osobom, starając się zdobyć jakiś przedmiot, na którym „figuranci” pozostawili swoje DNA. Gromadzili więc niedopałki papierosów, pozostałości jedzenia, ba – nawet papierowe serwetki, którymi domniemani przedstawiciele rodziny Führera III Rzeszy wycierali sobie usta. Najwięcej, bo aż 36 osób, mających z nim powiązania rodzinne, żyje po dziś dzień w austriackim regionie Waldviertel, gdzie tyran przyszedł na świat.

Jednak największe poruszenie wywołała informacja o amerykańskim sukcesie śledztwa Belgów – otóż trzech mieszkańców Long Island (najbliższa okolica Nowego Jorku) to synowie bratanka Adolfa Hitlera, Williama Patricka Stuart- Houstona! Niby Ameryki (nomen omen) dziennikarze nie odkryli, bo wokół trzech panów rozmaici badacze krążyli od dawna, ale tym razem ustalono ich DNA. A wszystko dzięki temu, że kuchnia Kentucky Fried Chicken należy raczej do tłustych, i po posiłku należy dobrze otrzeć usta serwetką...

Alex Adolf, Brian oraz Lewis (Howard zginął w 1989 r., o czym później), czyli synowie Williama Patricka, prowadzą spokojne życie nad brzegiem oceanu w East Patchogue, unikają prasy jak ognia i nie wypowiadają się na temat owianego ponurą sławą wujka. Co ciekawe, żaden z nich nie ma dzieci – ponoć postanowili nie przekazywać kolejnym pokoleniom genu Hitlera. Prawda to czy mit? Nawet jeśli powody bezdzietności synów Williama są inne, media chętnie kupują tę teorię.

A przecież Hitler to nie tylko zbrodniarz wojenny, lecz także... bohater II wojny światowej, który przelał krew w walce przeciwko III Rzeszy. Ale po kolei...

W swym dziele życia, książce „Mein Kampf”, Adolf Hitler niezwykle oszczędnie wypowiada się na temat swej rodziny. Opowieść o przodkach ogranicza do ojca – Aloisa Hitlera oraz matki Klary, z domu Pölzl. O ojcu, urzędniku celnym, który – jak wiadomo – wychowywał małego Adolfa niezwykle ciężką ręką, wypowiada się bardzo ciepło. Z dumą pisze o sukcesie, jaki Alois odniósł w urzędniczej hierarchii, choć jednocześnie zaznacza, że jego samego zupełnie nie interesowała biurokratyczna kariera. Tymczasem Alois nie wyobrażał sobie, aby Adolf podążył inną drogą niż urzędnicza. Dla wielu badaczy wciąż pozostaje zagadką, kto był prawdziwym ojcem Aloisa. Co jakiś czas powraca teoria, jakoby babka Führera Maria Anna Schicklgruber podczas pobytu w Wiedniu wdała się w romans z przedstawicielem rodziny, której posługiwała. Rodziny nie byle jakiej – Rothschildów. Owocem nieostrożności barona Natana Rothschilda i sprzątaczki miałby być Alois. Czy rzeczywiście ciężarna Maria Anna musiała opuścić wiedeński dom i wracać do miejscowości Spital, by związać się z kimkolwiek, kto zechce zostać ojcem jej dziecka? Wiemy, że znalazł się chętny w osobie pomocnika młynarza Johanna Georga Hiedlera...

Mimo protestu historyków przez pewien czas teoria o żydowskich korzeniach Hitlera była niezwykle popularna – jak twierdzi Walter Langer w książce „The mind of Adolf Hitler” (Umysł Adolfa Hitlera) śledztwo w tej sprawie, po 1933 roku, prowadziła austriacka policja na polecenie samego kanclerza Engelberta Dollfussa. Czego szef rządu w Wiedniu szukał w kwitach Hitlera? Czy to przez swoją dociekliwość zginął w 1934 roku z rąk hitlerowskich bojówkarzy? Tego się raczej nie dowiemy.

Rewelacje na temat związków Hitlera i Rothschildów pojawiły się na łamach niechętnej szefowi niemieckich narodowych socjalistów wiedeńskiej prasy. Tymczasem kanclerzowi III Rzeszy bardzo zależało, aby temat pochodzenia jego rodziny zostawić w spokoju. Ostatecznie, na stronicach „Mein Kampf” napisał wyraźnie: „Jeżeli Żyd z pomocą swego marksistowskiego credo podbije narody świata, jego panowanie będzie końcem ludzkości”.

SYN NIEWIERNEGO ALOISA

Adolf Hitler miał przyrodniego brata – Aloisa. Nie był on bowiem owocem związku Aloisa seniora i Klary Pölzl (tak jak Adolf czy jego siostra Paula). Urzędnik celny Alois Hitler spłodził go z kochanką Franciszką Matzelsberger.

Urodzony w 1882 roku w Wiedniu Alois Matzelsberger (dopiero po jakimś czasie zmieni nazwisko na Hitler) od młodości wykazywał smykałkę do gastronomii – najpierw pracował jako kelner, a potem postanowił wybrać się na Wyspy Brytyjskie, by tam zgłębiać tajniki hotelarstwa. W Dublinie poznał wychowaną w rolniczej rodzinie Irlandkę Bridget Elizabeth Dowling. Zakochali się w sobie bez pamięci, ale ojciec dziewczyny był przeciwny jej związkowi z Aloisem. Mimo to wyjechała z narzeczonym do Londynu. Ojciec nawet chciał zgłosić policji porwanie córki, ale w końcu zrozumiał, że na tę miłość nic nie poradzi.

Para przeniosła się do Liverpoolu, gdzie w 1911 roku – pod adresem 102 Upper Stanhope Street – przyszedł na świat William Patrick Hitler.

Przełom 1912 i 1913 roku to dla historyków badających życie Adolfa Hitlera czarna dziura – nie wiadomo, co się działo z jego angielską rodziną, i czy miał miejsce fakt, opisany przez szwagierkę tyrana. Otóż Bridget Hitler, już w podeszłym wieku, napisała książkę pod znamiennym tytułem „My brother-in-law, Adolf” (Mój szwagier Adolf). W dziele tym znajdujemy informację, jakoby na dwa lata przed wybuchem I wojny światowej do Liverpoolu zawitał... Adolf, który – po porażce na polu sztuki – szukał sobie miejsca w życiu. Za namową Bridget miał się zainteresować astrologią. Jak pisze historyk Philippe Valode w książce „Hitler i tajne stowarzyszenia”, pomysł puczu monachijskiego w 1923 roku podsunęła Adolfowi słynna astrolożka Elisabeth Ebertin. Przywódca niemieckich faszystów zawsze interesował się naukami tajemnymi, magią i często nad głos rozsądku przedkładał komunikaty płynące z gwiazd. Historycy osądzili, że wspomnienia Bridget mają niewielką wartość faktograficzną, a rozdział poświęcony wizycie Adolfa w Liverpoolu jest wyssany z palca i miał podnieść handlową atrakcyjność tekstu.

Inna sprawa, że stał się osnową dla rozważań całych zastępów pseudobadaczy, którzy chętnie podchwycili tę opowieść, dopisując do niej kolejne sensacje. Sporym wydarzeniem okazała się książka nowozelandzkiego autora Grega Halleta pt. „Hitler was a British agent” (Hitler był brytyjskim agentem). Hallet w swych domysłach poszedł na całość – jego zdaniem podczas pobytu w Wielkiej Brytanii Hitler nie tylko został zwerbowany przez służby wywiadowcze Jego Królewskiej Mości, ale także stał się sympatykiem (członkiem?) zakonu iluminatów. Zapytany przez „Focusa Historia” Hallet zapewnia: „Rządy mają swoich historyków, którzy udowadniają to, co mają udowodnić. Hitler naprawdę był w Anglii w latach 1912–1913, a źródło, jakim jest jego szwagierka, wydaje się bardzo wiarygodne. Hitler pracował dla brytyjskiego wywiadu podczas I wojny światowej. Podczas II wojny przywódcy III Rzeszy i Wielkiej Brytanii kontaktowali się ze sobą bardzo często, a nawet spotykali. Czy tak zachowują się wrogowie?”.

Media szeroko pisały o książce Halleta, traktując ją jak interesującą pozycję z gatunku historii alternatywnej. Wróćmy jednak do dziejów, które znamy.

Interesy Aloisa nie szły najlepiej – jego knajpka na Dale Street oraz hotelik nie przynosiły oczekiwanych zysków. Restaurator zaczął rozważać powrót do Niemiec. W 1914 roku porzucił rodzinę (nie rozwodząc się bynajmniej z Bridget) i przeniósł się do Berlina, gdzie otworzył kolejny lokal, bardzo chętnie odwiedzany przez bojówkarzy w brunatnych mundurach SA. Założył też nową rodzinę – w 1916 roku poślubił Hedwig Haidemann, stając się bigamistą.

Pod koniec lat 20. William postanowił złożyć wizytę w Republice Weimarskiej i odnowić kontakty z niewiernym ojcem. Ten przyjął go z otwartymi ramionami, choć wcześniej Bridget musiała wyrazić zgodę na tę podróż.

Wprawdzie William po kilkumiesięcznym pobycie wrócił do Anglii, ale Niemcy spodobały mu się na tyle, że postanowił związać swą przyszłość z krajem nad Szprewą. Tym bardziej że jego wujek Adolf stawał się coraz ważniejszą figurą w Berlinie. W 1933 roku, gdy Adolf Hitler został kanclerzem III Rzeszy, William spakował walizki i ruszył do Niemiec. Zresztą, jak wspominał, źle się czuł w Anglii, a nawet zaczął mówić z niemieckim akcentem. William – typ niebieskiego ptaka – nie zamierzał ciężko pracować, ale znaleźć zajęcie lekkie, przyjemne i przynoszące duże zyski. Nie zadowoliła go zatem posada drobnego urzędnika w Reichskreditbanku – on mierzył wyżej i wuj miał mu w tym pomóc. Wkrótce dostał etat w fabryce Opla, a gdy i to nie odpowiadało aspiracjom Williama – został sprzedawcą w salonie samochodowym. Ale i to nie okazało się szczytem marzeń młodego człowieka.

Owszem, pozycja wuja stanowiła dla jego bratanka przepustkę do lepszego towarzystwa: nie było tygodnia bez zaproszeń na party z udziałem znakomitych gości. Upojony szampanem i uwodzicielskimi spojrzeniami kobiet coraz bardziej wierzył w swoją szczęśliwą gwiazdę. Dziennikarzowi dziennika „Daily Express” wyznał: „Jestem jedynym prawowitym potomkiem Hitlerów”. Po czym, naśladując swego wuja, skrzyżował ręce na klatce piersiowej i dodał: „Ten gest wszedł mi chyba w krew”.

Ale William dość szybko zrozumiał, że samo nazwisko nie wystarczy, aby dostać się do berlińskiej elity, tym bardziej że Führer – przynajmniej z pozoru – nie był skłonny do nepotyzmu. Mówiąc krótko – nie zamierzał honorować kogokolwiek tylko z racji wspólnoty krwi. Miał powiedzieć: „Nikt z rodziny nie będzie się wspinał na szczyt po moich plecach”.

Już w 1930 roku bratanek wysłał list do przyszłego kanclerza, w którym wyraził zainteresowanie „przedziwnymi okolicznościami, towarzyszącymi historii naszej rodziny”.

Widząc, że wuj nie zamierza szukać mu prestiżowej pracy, zaczął coraz częściej słać do niego listy z jasną sugestią: milczenie za posadę.

A było o czym... milczeć: zdrady, rozwody, bigamia, żydowskie pochodzenie – kiepska przeszłość jak na rodzinę ojca nowych Niemiec.

Oczywiście Patrick nie przyznał się do szantażowania swego wpływowego wuja – w książce „My uncle Adolf” (Mój wuj Adolf), wydanej w USA w styczniu 1939 r., przedstawia się jako człowiek, który odchodzi od Adolfa Hitlera ze względów ideowych. Podobną tezę zawierał artykuł pt. „Dlaczego nienawidzę swojego wuja”, opublikowany w miesięczniku „Look”.

Przez chwilę wydawało się, że szantaże Williama zaczynają odnosić skutek – wuj Adolf zaproponował krewniakowi ugodę: dostanie wysokie stanowisko w nieokreślonej organizacji, w zamian za... zrzeczenie się brytyjskiego obywatelstwa oraz – rzecz jasna – zachowanie rodzinnych tajemnic dla siebie.

Ale ta nagła wolta była dla podejrzliwego Williama sygnałem, że Führer może mieć złe zamiary. Pozbawiony zabezpieczenia w postaci obywatelstwa, stałby się łatwym celem jakiejś prowokacji. Albo zamachu. Wyjechał więc w pośpiechu do Wielkiej Brytanii i namówił matkę na podróż do USA. Zapraszał ich tam magnat prasowy William Randolph Hearst (pierwowzór „Obywatela Cane’a” O. Wellesa), pragnący zorganizować młodemu Hitlerowi szereg spotkań z amerykańską publicznością. I rzeczywiście: wykłady przyciągały tłumy.

William Patrick rozpoczął starania o przyjęcie do amerykańskiej armii, co – jak już wiemy – udało się. Służył w Korpusie Medycznym Marynarki Wojennej – nie obsługiwał dział, lecz pracował przy rozdziale leków. O wyczynach wojennych Williama Patricka wiadomo niewiele – był nawet ranny, ale brak informacji na temat okoliczności, w jakich Hitler przelał krew w wojnie z Hitlerem. Za swą ofiarność otrzymał od prezydenta medal Purple Heart.

W ogóle po 1947 roku, gdy opuścił szeregi armii, bratanek Hitlera zniknął z przestrzeni publicznej – wykorzystując doświadczenie medyczne, zdobyte w marynarce wojennej, założył własną firmę: laboratorium badające krew na potrzeby szpitali. Media przestały się nim interesować, a jego taka sytuacja najwyraźniej satysfakcjonowała. Dowodem na to była decyzja o zmianie nazwiska – jeszcze w latach 40. „narodził się” nowy obywatel USA: William Patrick Stuart-Houston. Dlaczego przybrał takie nazwisko? Historycy nie mają wątliwości: to był ukłon w stronę znanego angielskiego filozofa Houstona Stewarta Chamberlaina. Ten faszyzujący myśliciel wsławił się takimi maksymami, jak: „Im mniej teutońskiej ziemi, tym mniej cywilizacji” oraz „To Żydzi są nauczycielami nietolerancji”.

HOWARD BOHATER

W 1947 roku William ożenił się z wielką miłością swego życia – Phyllis Jean-Jacques, którą poznał jeszcze w przedwojennych Niemczech. Kochankowie słali do siebie listy przez ponad dziesięć lat, by w końcu stanąć na ślubnym kobiercu. Najstarszy z ich synów (ma dziś 61 lat i jest pracownikiem socjalnym) otrzymał na chrzcie dwa imiona: Alexander i Adolf – bez wątpienia dla uczczenia najsłynniejszego z rodziny Hitlerów. Z czterech potomków Williama i Phyllis nie żyje jedynie urodzony w 1957 r. Howard – zginął w wypadku samochodowym w wieku 32 lat. Poszukiwaczom historycznych sensacji może przyda się informacja, że był agentem specjalnym Departamentu Skarbu, zatrudnionym w sekcji kryminalnej, odpowiedzialnej za kontrolę przychodów i ściąganie podatków. Prowadził dochodzenie w sprawie prania brudnych pieniędzy w Nowym Jorku.

Pozostali synowie Williama mieszkają na Long Island. On sam zmarł w 1987 roku i został pochowany na lokalnym cmentarzu w Patchogue obok swojej matki Bridget. W 2004 roku spoczęła obok nich Phyllis.

Niby na tym kończy się historia bratanka Adolfa Hitlera, ale być może jego życie wciąż skrywa niewyjaśnione okoliczności. Niedawno „Focus Historia” wystąpił do BtSU, niemieckiego archiwum państwowego, przechowującego dokumenty Stasi, o możliwość wglądu do kwitów, jakie gromadzili funkcjonariusze NRD-owskiej bezpieki na temat rodziny Hitlera.

Otrzymano odpowiedź odmowną – sprawa potomków Führera jeszcze nie dojrzała do tego, aby ją w pełni przedstawić. Śledztwo trwa...
 

"Nasze matki, nasi ojcowie"

altWyemitowany w tym tygodniu trzyczęściowy film publicznej telewizji niemieckiej ZDF "Nasze matki, nasi ojcowie" pokazuje II wojnę światową oczami pięciorga młodych przyjaciół z Berlina. Polskich partyzantów z AK przedstawia jako zdeklarowanych antysemitów. W tej sprawie interweniują już oburzeni Polacy z ambasady w Berlinie.
 
Poprzedzony niezwykle intensywną kampanią reklamową film, zapowiadany przez prasę jako "wydarzenie telewizyjne roku" ("Der Spiegel"), obejrzało łącznie 21 milionów telewidzów.

O "projekcie, który wywarł na widzach największe wrażenie w najnowszej historii telewizji", pisał tygodnik "Die Zeit". Gazeta "Welt am Sonntag" uznała film za "pomnik postawiony matkom i ojcom". Wydawca "Frankfurter Allgemeine Zeitung" (FAZ) apelował do niemieckim rodzin, by razem - najlepiej wszystkie pokolenia - gromadziły się przed telewizorami, wykorzystując ostatnią szansę na wysłuchanie opowiadań pokolenia dziadków. "Wreszcie" możliwa jest rozmowa na ten temat - podkreślają komentatorzy. W recenzjach porównuje się film z amerykańskim serialem "Holocaust" z 1979 roku.

Film opowiada o wojennych losach pięciorga dwudziestoparoletnich mieszkańców Berlina w przeddzień ataku na Związek Radziecki w czerwcu 1941 roku. Oficerowi Wehrmachtu Wilhelmowi marzy się wojenna kariera, jego brat Friedhelm, miłośnik książek, traktuje powołanie do wojska jak dopust boży. Zakochana w Wilhelmie Charlotte chce służyć ojczyźnie i zgłasza się na ochotniczkę do służby medycznej. Jej najlepsza koleżanka Greta marzy o karierze piosenkarki, a jej chłopak Viktor jest Żydem i nie może założyć munduru.

Służba na froncie wschodnim zmienia bohaterów. Friedhelm staje się bezduszną maszyną do zabijania, bez wahania dobijając z bliskiej odległości kobietę, która przeżyła egzekucję. Wzorowy oficer Wilhelm dezerteruje z armii. Charlotte denuncjuje w szpitalu na terenie ZSRR pielęgniarkę Żydówkę, wydając ją w ręce SS. Greta romansuje z oficerem SS, licząc na jego poparcie w karierze na scenie.

Jak pisze "Der Spiegel", główne postaci filmu są ambiwalentne - każda z nich dokonuje czynów bohaterskich, a równocześnie staje się winna zbrodni. - To mój główny temat - przyznaje producent filmu Nico Hofmann.

Z filmu wynika, że nazistami byli "ci inni" - krytykuje berliński dziennik "Der Tagesspiegel". Po obejrzeniu serialu mamy wrażenie, że typowy Niemiec w III Rzeszy Niemieckiej był "naiwny i moralnie nienaganny" i dopiero wojna pozbawiła go niewinności i zmusiła go do uczestnictwa w okrucieństwach hitlerowskiego reżimu. Autor komentarza zaznacza, że byli też ludzie, którzy decydowali się na opór, ukrywali Żydów i nie szli z nazistami do łóżka.

Losy ostatniego z bohaterów, Żyda Viktora, posłużyły autorom filmu do przestawienia polskich partyzantów z Armii Krajowej jako zdeklarowanych antysemitów. Podczas transportu do niemieckiego obozu Auschwitz Viktor ucieka i znajduje schronienie w oddziale partyzanckim.

Bierze udział w licznych akcjach zbrojnych, imponując innym członkom oddziału odwagą. Jednak gdy wychodzi na jaw, że jest Żydem, musi opuścić oddział, w którym antysemickie poglądy są na porządku dziennym. Wcześniej AK-owcy zatrzymują niemiecki pociąg, ale gdy okazuje się, że w środku są Żydzi, pozostawiają wagony zamknięte.

"Byłeś dobrym żołnierzem, ale gdy okazało się, że jesteś Żydem, nic dla ciebie nie mogę zrobić" - mówi dowódca oddziału. W odruchu solidarności AK-owiec daje jednak niemieckiemu Żydowi nabity pistolet, życząc mu, by przetrwał wojnę.

Niemiecki tabloid "Bild", pisząc o tym epizodzie, określił Armię Krajową mianem "polskich nacjonalistów". "Antysemityzm był w ich szeregach ekstremalnie rozpowszechniony" - czytamy w gazecie. "W Europie Wschodniej antysemityzm był bardzo powszechny, co ułatwiło nazistom wymordowanie Żydów" - pisze "Bild".

Ambasada RP w Berlinie skierowała do redakcji "Bild" list protestacyjny - poinformował w piątek rzecznik placówki.

Źródło: Onet.pl

Zmarł gen. Antoni Heda ps. Szary

Gen. Antoni Heda-Szary, dowódca oddziałów partyzanckich AK, który wsławił się odbiciem w 1945 roku z kieleckiego więzienia UB kilkuset więzionych akowców - zmarł w piątek w wieku 91 lat.

Nabożeństwo żałobne za duszę generała odbędzie się 21 lutego w katedrze polowej Wojska Polskiego, później zostanie on pochowany w rodzinnym grobowcu w Podkowie Leśnej.

Wspominając generała, jego córka, Maria Hamilton zaznaczyła, że dla niego jego żołnierze, działalność opozycyjna i kombatancka były zawsze najważniejsze. - Oczywiście bardzo nas kochał, jednak do końca bliski kontakt i spotkania z dawnymi towarzyszami broni były dla niego bardzo istotne. To właśnie podczas jednego z takich spotkań w sierpniu 2006 roku ojciec dostał udaru mózgu, po którym właściwie już nigdy nie powrócił do pełni zdrowia - mówił Hamilton. - Kiedy obie z siostrą byłyśmy bardzo małe ojciec musiał się ukrywać, a nasza rodzina jeździła po całym kraju, uciekając przed UB. W końcu ojciec został złapany, prawdopodobnie na skutek zdrady bliskiego znajomego. Tak naprawdę poznałyśmy go więc dopiero w wieku 9-10 lat, kiedy został wypuszczony z więzienia - wspominała Hamilton.

Córka generała podkreśliła, że jej ojciec właściwie przez większość życia był w opozycji i jak się okazało przez cały ten czas był pod obserwacja bezpieki, nawet podczas prywatnych uroczystości. "Kiedyś, na początku lat 70. zaprosiliśmy kilkoro znajomych na jego urodziny, które odbyły się na polance blisko naszego domu pod Warszawą. Ojciec został później wezwany na przesłuchanie, podczas którego próbowano go skarżyć o organizowanie nielegalnych zgromadzeń" - opowiadała Maria Hamilton.

Antoni Heda-Szary urodził się 11 października 1916 roku w Małomierzycach koło Iłży w rodzinie chłopskiej. W młodości związany był z ruchem patriotycznym. Po ukończeniu szkoły powszechnej kształcił się w Szkole Technicznej w Radomiu. W 1937 roku został powołany do Szkoły Podchorążych Rezerwy. Pracę zawodową rozpoczął w Fabryce Zbrojeniowej w Starachowicach w izbie pomiarów.

Podczas wojny obronnej w 1939 roku walczył w składzie 12. Dywizji Piechoty pod Iłżą, a następnie na Lubelszczyźnie. Po klęsce próbował przejść przez zieloną granicę, ale został schwytany przez NKWD. Osadzono go w twierdzy Brześć. Po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej trafił do obozu jeńców rosyjskich, skąd udało mu się zbiec. Po powrocie w strony rodzinne podjął działalność konspiracyjną w Związku Walki Zbrojnej, został komendantem Podobwodu "Dolina".

Wsławił się wówczas zdobyciem więzienia niemieckiego w Starachowicach i uwolnieniem ok. 80 ludzi. Z 60 z nich, którzy nie chcieli wracać do domów, utworzył oddział, co przyczyniło się do udzielenia mu przez komendę Okręgu Kielecko-Radomskiego AK zgody na przejście do partyzantki. Walczył w składzie zgrupowania AK Jana Piwnika ps. Ponury, gdzie m.in. uczestniczył w akcji zdobycia niemieckiego więzienia w Iłży, uwieńczonej uwolnieniem aresztowanych i skazanych na śmierć oraz akcji opanowania miasta Końskie i uwolnienia aresztowanych z niemieckiego więzienia.

W okresie akcji "Burza" walczył m.in. pod Radoszycami, Trawnikami i Szewcami. Jego oddział wchodził wówczas w skład II batalionu 3. Pułku Piechoty AK pod dowództwem kpt. Stanisława Poręby ps. Świątek.

Po zakończeniu wojny Heda-Szary pozostał w konspiracji, działając w ramach Ruchu Oporu Armii Krajowej, a następnie Delegatury Sił Zbrojnych. Na czele swojego oddziału wsławił się rozbiciem w nocy z 4 na 5 sierpnia 1945 roku komunistycznego więzienia w Kielcach, w którym UB i sowieccy funkcjonariusze "Smiersza" osadzili ponad 370 więźniów. W wyniku tej akcji uwolniono kilkuset więźniów, przeważnie byłych AK-owców. Heda-Szary przypłacił to jednak wielką tragedią osobistą - poszukujący go ubecy aresztowali jego rodzinę i zamordowali dwóch braci.

Po akcji w Kielcach zaprzestał działalności konspiracyjnej - pod zmienionym nazwiskiem, jako Antoni Wiśniewski, wyjechał na wybrzeże, a później do Ostródy. Był poszukiwany przez UB i w 1948 roku został aresztowany w Gdyni. Otrzymał cztery wyroki śmierci, w końcu dzięki interwencji byłych oficerów AL, którzy współdziałali z nim w 1944 roku, karę śmierci zamieniono na dożywocie. Siedział w więzieniach na Rakowieckiej, w Rawiczu i we Wronkach.

Wyszedł na wolność w 1956 roku, objęty amnestią. W dalszym ciągu prowadził jednak działalność niepodległościową, m.in. działając w NSZZ "Solidarność". W 1981 roku został wybrany na Przewodniczącego Niezależnego Związku Kombatantów przy NSZZ "Solidarność". Podczas stanu wojennego został internowany w Białołęce. Przez wiele lat był doradcą kardynała Stefana Wyszyńskiego.

W 1990 roku doprowadził do zjednoczenia ok. 30 organizacji kombatanckich w Światową Federację Polskich Kombatantów i został jej prezesem. W tym samym roku został także awansowany do stopnia pułkownika przez prezydenta RP na Uchodźstwie. Był także Głównym Komendantem Związku Strzeleckiego, nawiązującego do tradycji Drużyn Strzeleckich Józefa Piłsudskiego. W dowód uznania jego zasług 13 grudnia 2004 roku został awansowany do stopnia generała brygady Polskich Drużyn Strzeleckich. W 2006 roku podczas obchodów Święta 3 Maja mianowany został generałem brygady przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Był autorem dwóch książek: "Wspomnienie Szarego" i "Szary przeciw zdrajcom Polski". Za swoje zasługi wojenne został odznaczony wieloma odznaczeniami, w tym dwukrotnie krzyżem Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych. W latach 90. związał się z narodowym środowiskiem Tygodnika "Ojczyzna". Gen. Antoni Heda-Szary zmarł 15 lutego w wieku 91 lat.
 

CZEŚĆ JEGO PAMIĘCI

Przetłumacz Witrynę

Polish English French German Hungarian Latvian Lithuanian Russian Ukrainian

Użytkownik

Biuletyn "ODWET" nr 24-25

Nowości Filmowe

stat4u